Cudowny Medalik – Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny


fot: net

fot: net

Wielu katolików na całym świecie (i niektórzy niekatolicy) nosi Cudowny Medalik. Według słów Najświętszej Maryi Panny wypowiedzianych do Katarzyny Labouré podczas objawienia z dnia 27 listopada 1830, ci którzy noszą Cudowny Medalik dostąpią wielkich łask, szczególnie jeśli go będą nosili na szyi.

Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny od Cudownego Medalika obchodzone jest w Kościele katolickim 27 listopada. Ustanowił je papież Leon XII.

Przypomnijmy niezwykłą historię, jaka wydarzyła się pod namiotem Solidarnych2010 

kayan: Medalik

Od red. – z  książki Maryny Miklaszewskiej (którą polecaliśmy TUTAJ)  możemy się dowiedzieć, co może sprawić jeden niepozorny medalik.  Niech to będzie powodem do poznania niezwykłej, wziętej z życia  opowieści, zasłyszanej pod namiotem Solidarnych 2010 

***

O medalik pytasz? Było tak:

Zazwyczaj podczas dyżurów rozdawałem „propagandę” … gazetki, ulotki, co akurat było pod ręką (a było z tym różnie). Lubię to zajęcie, pozostało mi to z dawnych czasów, kiedy byłem handlowcem, organizatorem grupy sprzedażowej etc. A skoro lubię, to można rzec, że nie mam najmniejszych oporów podczas prób nawiązywania kontaktu z przechodniami … mimo, że w przypadku materiałów „namiotowych” ryzyko odrzucenia (delikatnie mówiąc) jest wielokrotnie większe.

Często zaczepiałem nawet osoby, których zazwyczaj się nie zaczepia – policjantów, strażników miejskich, księży i siostry zakonne …

I tak jak w przypadku policjantów i strażników robiłem to nieco „dla jaj” (przepraszam), doskonale sobie zdając sprawę, że im NIE WOLNO niczego od nas przyjmować (od nikogo, niczego, są na służbie – kropka.), tak w przypadku księży, czy sióstr robiłem to z ciekawości … ciekawości „innego świata”, … no i jeszcze coś jak wyzwanie czułem – jak się zachować GODNIE! Nie nachalnie, z uśmiechem … uczę się tego całe życie i chyba na starość zaczyna mi się to udawać … chyba.
Właśnie ta opowieść ma o tym zaświadczyć. Ale, co ważniejsze,  nie tylko o tym …

Zazwyczaj siostry zakonne wykazywały życzliwość, ale raczej umiarkowane zainteresowanie tym, co próbowałem im wręczyć. Owszem, bywało że brały ulotkę czy gazetkę, ale bez specjalnego entuzjazmu. Podobnie było i w kolejnym przypadku – zaczepiłem dziarską, niewysoką zakonnicę, siostra jakby zamyślona, nie przerywając wędrówki wzięła ulotkę, po czym już na odchodne zerknęła na mnie (do góry, pamiętam jak dziś jej uniesiona głowę i brwi) i raptownie przystanęła mówiąc – „A wie pan, … dla pana to ja też coś mam”

No nie powiem, żebym nie był zaskoczony. Przecież dopóki nie popatrzyła na moją gębę, to w ogóle jakby nie zwracała na nic uwagi, ulotkę wzięła odruchowo, z uprzejmości niejako.

Siostra wyjęła medalik i obrazek, a podczas wręczania mi prezencików popatrzyła nieomal zalotnie (przepraszam) w oczy i rzekła (właśnie nie pamiętam teraz dokładnie co) najpierw coś o obrazku, potem o medaliku … w każdym razie była to zachęta, serdeczna, miła do … właśnie … do czego?
Teraz po czasie powiem tak: było to zaproszenie do wspólnoty, do bycia razem. Tylko tyle i aż tyle.

Niestety już na drugi dzień ZAPOMNIAŁEM o tym. Coś się wydarzyło, trzeba było dzwonić, lecieć, czy coś z Namiotem, czy coś w rodzinie, mniejsza z tym … w każdym razie medalik  tkwił w portfelu i to w takiej przegródce, że nie wiadomo kiedy bym go ponownie odkrył.

Za ok. dwa tygodnie przyszła pod Namiot pewna pani, na oko lekko nawiedzona, duża mówiła o wierze, o Krucjacie Różańcowej, o Intronizacji Chrystusa itd, itp. Jakoś jej sposób artykulacji mnie zniechęcił, więc się nie wtrącałem, zwłaszcza, ze miała przy namiocie inne osoby zainteresowane rozmową. Ale kiedy już od namiotu odeszła, coś mnie tknęło i podbiegłem do niej z pewnym, osobistym pytaniem.

Po wysłuchaniu zadumała się, i spokojnym, innym niż poprzednio głosem, powiedziała:
„Oj… na TAAKIE pytanie to ja odpowiedzi nie mam. Ale proszę … mam tu coś dla pana … poświęcony. Proszę nosić, … z czasem dostanie pan odpowiedź”

I wręcza mi TAKI SAM medalik! – byłem tego pewien, zawstydziłem się, że o siostrze zakonnej zapomniałem, chciałem porównać, ale okazało się, że nie mam przy sobie portfela (w marynarce zazwyczaj – jak bez marynarki to biorę tylko malutki pugilares do kieszeni spodni.)

Po powrocie do domu odbył się cały ceremoniał – najpierw opowiedziałem żonie (że taki sam), a dopiero potem odszukałem poprzedni medalik i oboje razem sprawdzaliśmy. Tak, to był taki sam medalik!!

I tak jak nigdy, przez ponad 40 lat życia nie nosiłem żadnych „emblematów”, tak teraz noszę – ten pierwszy, z rąk siostry zakonnej otrzymany. Drugi medalik podarowałem komuś z rodziny.

Później, od kolejnej miłej osoby związanej ze Stowarzyszeniem Solidarni2010, dowiedziałem się, że to jest Cudowny Medalik Katarzyny Laboure z rue du Bac w Paryżu. Na jego temat wyszły książki i inne publikacje, przy rue du Bac jest sanktuarium, gdzie Katarzyna miała objawienia.

***

od redakcji: – jedna z koleżanek, po zapoznaniu się z powyższą historią szepnęła – „kto wie, może ów sympatyk, dyżurujący przy namiocie Solidarnych2010, właśnie dlatego, PO TO tam przyszedł”


Tekst pierwotnie ukazał się na solidarni2010.pl, autor: kayan, wpisał dnia 16.11.2011r.


Objawienie Cudownego Medalika siostrze Katarzynie Labouré

laboure

Katarzyna Labouré

Piotr Labouré i Ludwika z domu Gontard, rodzice św. Katarzyny, byli szczęśliwym małżeństwem żyjącym w Burgundii w miejscowości Fain-les Moutiers. Bóg pobłogosławił ich związek. Mieli jedenaścioro dzieci: 8 chłopców i 3 dziewczynki.

Dn. 2. maja 1806 r. przyszło na świat dziewiąte dziecko, dziewczynka, której dano imię Katarzyna.

Gdy Katarzyna miała 9 lat, zmarła jej matka. Dziewczynka odczuła boleśnie jej brak i wtedy oddała się pod opiekę Maryi. Mała Katarzyna – pisze jej biograf – myśląc, iż jej nikt nie widzi, weszła na krzesło, wspięła się na palcach, by dosięgnąć stojącej na komodzie figury Najświętszej Panny. Obejmując ją rękami szeptała: Teraz Ty bądź moją Matką…

Z dalszych jej losów wiemy, że Matka Boża wysłuchała tej prośby w sposób niezwykły.

Od 11. roku życia Katarzyna wykonuje już w domu, wraz z najmłodszą siostrą, prace gospodarskie. Zastępuje matkę, gdy ojciec pozwolił najstarszej córce Marii Ludwice opuścić dom i wstąpić do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. W 19. roku życia najwyraźniej ukształtowało się jej powołanie, które zresztą już od dawna, zwłaszcza po przyjęciu Pierwszej Komunii św., odzywało się bardzo mocno. Katarzyna miała dziwny sen. Wydawało się jej, że jest w kościele w Fain. Przy ołtarzu kapłan odprawia Mszę św. Po skończonej liturgii odwraca się i daje jej znak, by się przybliżyła. Przerażona Katarzyna uciekła, ale sen trwał dalej. Katarzyna znalazła się przy łóżku chorego. Jest tam również stary ksiądz z pierwszej fazy snu. Córko moja -mówi do niej – dobrą rzeczą jest pielęgnowanie chorych. Teraz uciekasz przede mną, ale pewnego dnia będziesz szczęśliwa, kiedy przyjdziesz do mnie. Bóg ma wobec ciebie pewne plany: nie zapomnij o tym.

Katarzyna przejęła się odtąd myślą o zajęciu się tymi, którzy cierpią. Pragnie wstąpić do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. Spotkała się jednak ze sprzeciwem ojca, który chcąc przeciwdziałać temu zamiarowi, posyła ją do Paryża, do pracy w restauracji jej brata Karola. Pracowała tam cały rok. Następnie dostała się do pensjonatu w Chatillon prowadzonego dla panien ze szlachty burgundzkiej. Nie czuje się dobrze w tym środowisku, gdzie obowiązują zwyczaje sprzeczne z jej prostotą. Gdy dowiedziała się, że niedaleko znajduje się dom sióstr miłosierdzia, postanowiła udać się tam, by porozmawiać o swym powołaniu z miejscową przełożoną. W rozmównicy przyciągnął jej uwagę portret starszego księdza… Przypomina go sobie ze snu, w którym widziała go odprawiającego Mszę św. w kościele w Fain, a następnie przy łóżku chorej osoby. Towarzysząca jej siostra wyjaśniła, że ten kapłan to założyciel sióstr miłosierdzia – św. Wincenty a Paulo.

Po uzyskaniu zezwolenia od ojca Katarzyna z początkiem 1830 r., w 24 roku życia, zaczęła kandydaturę w domu w Chatillon, a po trzech miesiącach przybyła na rue du Bac do Paryża, by odbyć nowicjat. Jako nowicjuszka zaszczycona została kilkoma objawieniami Matki Najświętszej.

Objawienie Cudownego Medalika

Św. Katarzyna opisuje objawienie w nocy z dnia 18 na 19 lipca 1830 r.:

Jest noc, około wpół do dwunastej posłyszałam, że ktoś mnie woła po nazwisku. Spojrzałam w stronę, skąd dochodził głos, odsunęłam zasłonę łóżka. Zobaczyłam dziecko cztero czy pięcioletnie, biało ubrane, które mi powiedziało: „Chodź do kaplicy, Najświętsza Panna czeka na ciebie”. Natychmiast pomyślałam: „Ale mnie usłyszą!”. Dziecko odpowiedziało: „Bądź spokojna, jest wpół do dwunastej, wszyscy mocno śpią, chodź, ja poczekam”. Pospieszyłam się z ubraniem i poszłam obok tego dziecka. Szłam za nim. Wszędzie paliło się światło. Kiedy weszłam do kaplicy, drzwi otworzyły się, gdy dziecko zaledwie dotknęło ich końcem palca. Świece paliły się jak na pasterce. Ale nie widziałam Najświętszej Panny. Dziecko zaprowadziło mnie do prezbiterium i tam uklękłam. Około północy dziecko powiedziało: „Oto Najświętsza Panna. Oto Ona”. Posłyszałam szmer, jakby szelest sukni jedwabnej. Bardzo piękna Pani usiadła w fotelu Ks. Dyrektora. Dziecko powtórzyło mocnym głosem: „Oto Najświętsza Panna!”. Spojrzałam na Maryję i jednym skokiem znalazłam się na stopniach ołtarza u Jej nóg, z rękami złożonymi na Jej kolanach. Nie wiem, jak długo tak trwałam, straciłam rachubę czasu. To były najsłodsze chwile w moim życiu” – dodaje św. Katarzyna Labouré. Najświętsza Panna odeszła jako światło gasnące. Katarzyna wróciła do swej sypialni, ale tej nocy już nie spała.

W dniu 27. listopada tego samego roku Matka Najświętsza przyszła, aby jej oznajmić misję, która miała sprawić Katarzynie wiele cierpienia. Misja ta, to ogłoszenie światu przywileju Niepokalanego Poczęcia Maryi za pośrednictwem tzw. Cudownego Medalika. Powiernica Niepokalanej tak o tym opowiada:

27. listopada 1830 r., 5.30 po południu, w głębokiej ciszy, po przeczytaniu tekstu do rozmyślania usłyszałam jakby szelest jedwabnej sukni. Doszedł do mnie z bocznego chórku, tam gdzie był obraz św. Józefa. Popatrzyłam w tamtą stronę i zobaczyłam Najświętszą Pannę. Stała. Była średniego wzrostu, ubrana na biało. Suknia w kolorze porannej zorzy była skrojona w stylu dziewczęcym, sięgała wysoko, do szyi, i miała długie rękawy. Biały welon osłaniał głowę, ramiona i spadał aż do stóp. Pod welonem sploty włosów związane wstążką koronkową, szeroką na dwa palce. Jej twarz była wystarczająco widoczna i tak piękna, że wydaje mi się zupełnie niemożliwe, aby ją opisać.

Stała na białym globie, tzn. na połowie globu, albo przynajmniej ja widziałam tylko połowę. Był tam również wąż, a kolor jego był zielony i upstrzony żółtymi plamami.

Ręce miała uniesione na wysokości bioder. Bez żadnego wysiłku trzymała w nich złotą kulę zwieńczoną małym krzyżem. Kula i krzyż przedstawiały świat. Najświętsza Panna wydawała się trzymać tę kulę gestem ofiarowania jej Bogu. Jej twarz była tak piękna, że nie mogłabym jej opisać.

Naraz ujrzałam pierścienie na Jej palcach. Trzy pierścienie na każdym palcu. Najszerszy pierścień u nasady palca, średni w pośrodku, a najmniejszy blisko paznokcia. Większe pierścienie były inkrustowane klejnotami nie jednakowego piękna. Większe pierścienie wysyłały piękniejsze i dłuższe promienie. Mniejsze zaś klejnoty dawały krótsze promienie. Promienie tworzyły razem duże strugi światła biegnące ku dołowi tak, że nie mogłam już widzieć stóp Najświętszej Panny. Wtedy, gdy się w Nią wpatrywałam, Najświętsza Dziewica również spojrzała na mnie. Usłyszałam głos: «Ta kula, którą widzisz, przedstawia cały świat, zwłaszcza Francję, oraz każdego człowieka z osobna».

Nie potrafię wyrazić tego, co czułam wówczas, gdy zobaczyłam piękno i blask olśniewających promieni. Pani mówiła: «To są symbole łask. Rozdzielam je między tych, którzy o nie proszą». Zdałam sobie wówczas sprawę z tego, jak dobrą rzeczą jest modlić się do Najświętszej Panny. Jak wspaniałomyślna jest Ona dla tych, którzy Ją proszą. Ile łask rozdziela między tych, którzy o nie błagają i jak wielką sprawia Jej radość udzielanie ich.

Głos mówił dalej: «Klejnoty, które nie wysyłają promieni świetlistych, oznaczają łaski, o które ludzie zapomnieli prosić».

Byłam przepełniona radością tak, że nie wiedziałam, gdzie się naprawdę znajduję. Wokół postaci Najświętszej Panny uformował się powoli owalnego kształtu napis z liter koloru złotego: «O, Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy». Napis zaczynał się na wysokości prawej ręki Maryi, przechodził nad głową i kończył się na wysokości lewej ręki. Później złota kula znikła z rąk Maryi w kręgach światła, które się pokazały po obydwu stronach Jej postaci.

Ręce Najświętszej Dziewicy odwrócone teraz dłońmi na zewnątrz opadały w dół, jakby obciążone nadmiarem łask. Usłyszałam znowu głos: «Trzeba przygotować medalik według tego wzoru. Wszyscy, którzy go nosić będą, otrzymają wiele łask. Medalik ten powinni nosić na szyi. Ci, którzy go nosić będą z ufnością, doznają większej obfitości łask».

Właśnie wtedy obraz mojego widzenia odwrócił się. Mogłam wówczas oglądać drugą stronę medalu. Wielka litera «M», i połączona z nią poprzeczna belka, powyżej zaś prosty krzyż. Poniżej litery «M» były dwa serca: Jezusa i Maryi. Jedno okolone cierniami, drugie przebite mieczem.

Z wybiciem medalika były początkowo trudności. Ks. J. M. Aladel, spowiednik św. Katarzyny, nie od razu wszystkiemu dał wiarę. Dopiero po dwóch latach, gdy arcybiskup Paryża udzielił pozwolenia, postarano się o wykonanie medalików według wzoru wskazanego przez św. Katarzynę. Dalsze wydarzenia udowodniły prawdziwość zeznań św. Katarzyny, gdyż ludzie przyjmujący medaliki ze czcią dla Matki Najświętszej i dla zaskarbienia sobie Jej opieki, doznawali nadzwyczajnych łask. Wiele osób odzyskało zdrowie. Szczególnie jednak dużo było nawróceń. Najgłośniejszym stało się nawrócenie Żyda Alfonsa Ratisbonne w Rzymie w styczniu 1842 r. Ze względu na liczne i wyjątkowe cuda, jakie Niepokalana zdziałała przez ten medalik, zaczęto nazywać go powszechnie Cudownym Medalikiem. Władze kościelne zatwierdziły tę nazwę. Papież Leon XIII dekretem z dnia 23. lipca 1894 r. pozwolił Zgromadzeniu Księży Misjonarzy na Oficjum brewiarzowe i Mszę św. o objawieniu Najświętszej Dziewicy, wyznaczając święto Niepokalanej Cudownego Medalika na dzień 27. listopada.

Św. Katarzyna Labouré po objawieniach prowadziła nadal życie proste, ukryte. Przez długi czas nie znano nawet w Zgromadzeniu Sióstr Miłosierdzia imienia siostry, której Najświętsza Maryja Panna zleciła zaszczytne posłannictwo. Po otrzymaniu ubioru siostry miłosierdzia opuściła Dom Macierzysty przy ul. du Bac i od roku 1831 do końca życia pracowała w zakładzie dla starców na przedmieściu Paryża Saint Antoine. Jak w Fain-les Moutiers, żadna praca, choćby najcięższa, nie przerażała siostry Katarzyny. Nie zważała na zmęczenie. Pracowała w kuchni, w pralni, w gospodarstwie, obsługiwała starców, pełniła dyżur przy furcie. Wszędzie cechowała ją sumienność, dokładność, gorliwość. Była cierpliwa, uczynna, skupiona, modliła się zatopiona w Bogu, przywiązana do osoby Najświętszej Maryi Panny. Drogą usilnej pracy nad sobą doszła do całkowitego niemal opanowania swego żywiołowego temperamentu. Przejawiało się to w jej kontaktach z ubogimi, mającymi różne słabości. Wobec nich okazywała zawsze łagodność, delikatność i uprzejmość.

Ręce przy pracy, serce przy Bogu

– tak można by krótko scharakteryzować okres czterdziestu sześciu lat w zakładzie dla starców. Zmarła w dniu 31. grudnia 1876 r., po przyjęciu sakramentów świętych, mając 70 lat.

W roku 1933 kard. Verdier polecił otworzyć grobowiec siostry Katarzyny, by sprawdzić stan relikwii. Znaleziono jej ciało w takim stanie, w jakim je złożono do grobu. Ciało przeniesiono wówczas do kaplicy Domu Macierzystego przy ul. du Bac.

Katarzyna Labouré została zaliczona w poczet błogosławionych w roku 1933, a czternaście lat później, tj. w 1947 r., została ogłoszona świętą przez papieża Piusa XII.

za: apostolat.pl

Reklamy