Toyah: Ratujmy Ewę Stankiewicz, czyli gdy żałoba wymyka się z rąk


Coryllus_ToyahTradycyjnie jak co tydzień, przedstawiam swój kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Tym razem chyba trochę ważniejszy, niż wcześniejsze:
Oczywiście, podobnie jak wielu innych komentatorów, słowa Ewy Stankiewicz, w których zasłużona artystka i bojowniczka skierowała w sprawie tragicznego wybuchu w Katowicach, odebrałem z zażenowaniem i smutkiem. Zażenowaniem, ponieważ, moim zdaniem, trzeba mieć pomieszane w głowie, by w sytuacji, jaką dziś mamy w Polsce, wygłaszać teorie, które siłą rzeczy muszą pozostać wyłącznie teoriami, a które z drugiej strony są tak drastyczne, że, jako teorie, muszą już tylko szkodzić. Ze smutkiem natomiast, bo w przestrzeni, która jest dziś dla nas wszystkich zwyczajnie niedostępna, uważam Ewę Stankiewicz za wyrazicielkę również moich emocji  a tym samym za kogoś, kto jest w pewnym sensie moim posłańcem. I jest mi zwyczajnie głupio, kiedy słyszę, jak oni wszyscy na nas się ani nie złoszczą, ani nam nie złorzeczą, ani nam nie wygrażają, ale się z nas najzwyczajniej w świecie śmieją.

Cóż więc dziś mogę zrobić ja, stając przed tym tumanem śmiechu? Wygląda na to, że pozostaje mi już tylko albo się zamknąć, albo walczyć – tym razem za Ewę Stankiewicz, która najwyraźniej nie wytrzymała tego napięcia. Otóż chciałbym powiedzieć, że gdyby to mnie ktoś poprosił, bym skomentował sprawę owego wybuchu i śmierci rodziny Kmiecików, ja bym być może na ów komentarz się zdecydował – nawet i w nawiązaniu do wątku rosyjskiego – ale w zupełnie inny sposób, wychodząc od kwestii udekorowania tych państwa najwyższymi odznaczeniami państwowymi przez prezydenta Komorowskiego.

Rzecz bowiem sprowadza się do tego, że ci państwo tak naprawdę nie byli nawet dziennikarzami. To byli ludzie zatrudnieni przez dwie różne telewizje do wykonywania jakiejś drobnej dziennikarskiej roboty. Ja na przykład o takiej red. Kmiecikowej w życiu nawet nie słyszałem, natomiast o jego istnieniu bym nawet nie wiedział, gdyby nie fakt, że kiedyś zwróciłem uwagę na jego wygląd i ów „błysk”, i zdziwiłem się, że oni już do tej swojej brudnej propagandy biorą takie twarze. A tu nagle wychodzi na to, że to byli ludzie o zasługach, które Prezydent uznaje za stosowne odznaczyć orderami. Zupełnie jakby za tą ich straszną i tak bardzo przejmującą śmiercią stało jeszcze coś, o czym nikt z nas nie wie i tak się składa, wiedzieć nie może.

Niektórzy pewnie pamiętają, jak kilka lat temu w drodze do pracy, jakimś ledwo żywym busem jechało 15, czy 18 pracowników i wszyscy zginęli. Czy któregokolwiek z nich prezydent Komorowski odznaczył choćby najskromniejszym medalem? Oczywiście, że nie. Kmiecikowie na ów gest jak najbardziej zasłużyli.

I niech już ci biedni ludzie te swoje krzyże mają. Przynajmniej tyle po nich zostanie. Natomiast ja się już tylko zastanawiam, czy faktycznie Komorowski, uznając, że on w przypadku tej śmierci milczeć nie może, nie wiedział czegoś więcej, niż my robaczki. Czyżby to jego kumpel Putin próbował nas dyscyplinować? I to bym powiedział. Przynajmniej bym ich nie rozśmieszył.

Już po napisaniu tego tekstu odbyłem rozmowę z pewną znajomą, związaną ze sprawą wybuchu w Katowicach może nie bezpośrednio, ale z całą pewnością i tak bardziej niż ja czy ktokolwiek z nas. Nie znam jej poglądów politycznych, nie wiem, co ona sobie myśli o sprawach, którymi my tu wszyscy na co dzień żyjemy, jeśli z nią rozmawiam, to wyłącznie na temat języka angielskiego i spraw, które interesują ludzi, którzy mają rodziny, mężów, żony, dzieci i ewentualnie psy. I oto ostatnio zgadało się na temat tego wybuchu. Ponieważ, jak mówię, znajoma moja jest osobą zawodowo powiązana ze sprawą, zapytałem ją, czy już wiadomo, czemu ten gaz wybuchł. I proszę sobie wyobrazić, że ona mi – ot tak, zwyczajnie, nawet bez owego tak nam dobrze znanego błysku w oku – powiedziała, że nie wiadomo, ale przede wszystkim wcale nie ma pewności, czy to w ogóle był gaz i czy to nie chodziło jednak o tych dziennikarzy. I tyle. Więcej na ten temat już nie rozmawialiśmy. W końcu nie po to się spotkaliśmy, by gadać o polityce, prawda?

Przypominam, że wszystkie moje książki – na razie jeszcze bez tej najnowszej – są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Szczerze i bardzo serdecznie zachęcam.

http://toyah1.blogspot.com/2014/11/ratujmy-ewe-stankiewicz-czyli-gdy-zaoba.html


od red. – zobacz też:

„Zbyt znane, żeby zostać anonimowym ciałem gdzieś pod płotem. Umierały na zawały serca, zatory płuc, w wypadkach samochodowych, lotniczych, w wannie we własnym domu, napadnięte przez „nieznanego sprawcę”. Te pogrzeby z honorami, w otoczeniu blichtru. Z wyciskanymi łzami i wszechobecne ordery i odznaczenia.

Co zmyślniejsi, do każdego przypadku już dopasowali przynajmniej jedno nazwisko.

A po co ordery? Czy tylko dla opinii publicznej? No proszę ja was! Czy w ZSRR ktoś się liczył z opinią publiczną? Ordery były ostrzeżeniem dla tych, którzy byli następni w kolejce do czystek. To był dla nich sygnał. Albo będziesz posłuszny, albo dostaniesz order. Pośmiertnie.”

http://solidarni2010.pl/29258-okiem-shorka—zazdrosc-o-ordery.html

 

 

Advertisements