„Przewrotność i nikczemność takiego manewru jest przerażająca” – o sprawie profesora Kieżuna


TV Republika

TV Republika

[przedstawiamy fragmenty wpisu z bloga Rocha Baranowskiego, polecamy całość, link na dole – red.]
W poniedziałkowym wydaniu tygodnika Do Rzeczy głównym tematem jest rzekoma współpraca prof. Witolda Kieżuna z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa. Redaktor naczelny tego pisma nazwał tekst autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Piotra Woyciechowskiego „jednym z najważniejszych tekstów w polskiej prasie w ostatnim okresie”, a tygodnik umieścił temat na okładce czasopisma.

Witold Kieżun jest niekwestionowanym bohaterem Powstania Warszawskiego, cudem ocalałym więźniem sowieckiego obozu śmierci, wybitnym naukowcem w dziedzinie ekonomii, szanowanym ekspertem ONZ w Afryce, ostrym krytykiem sposobu transformacji gospodarczej i administracyjnej Polski po 1989 r., a od kilku lat jednym z najpopularniejszych żyjących autorytetów i wzorów wśród prorozwojowo i patriotycznie nastawionych Polaków, przede wszystkim wśród młodych.

Nie dziwi więc, że publikacja ta wywołała wielkie poruszenie – z jednej strony żal do redakcji za obrzucenie błotem szanowanego bohatera, z drugiej strony jakobińską dumę redaktorów, którzy nie zawahali się ściąć głowę w „słusznej sprawie” jednemu ze – jak mówi Rafał Ziemkiewicz – „swoich”.

Przyznam, że zapowiedź tej publikacji osobiście bardzo mnie dotknęła. Uważam siebie za zwolennika lustracji, a w braku prawdziwej dekomunizacji Polski widzę – zresztą podobnie jak profesor Kieżun – jedną z głównych przyczyn patologii ostatnich 25 lat. Natomiast historia życiowa, osobowość i kompetencje profesora Kieżuna zrobiły na mnie ogromne wrażenie i był on dla mnie dotychczas ogromnym autorytetem i przykładem, jak być porządnym człowiekiem i Polakiem oraz dowodem, że mimo wszystko warto.

Wspomnienia profesora w jego książce biograficznej Magdulka i cały świat czytałem jednym tchem. Ogromne wrażenie zrobiła nie tylko jego biografia, która jest przykładem ogromnej odwagi, wytrwałości, patriotyzmu i siły ducha, ale też sam sposób w jaki o niej opowiada – skromnie, szczerze, otwarcie, optymistycznie, bez goryczy, mimo tego, czego doświadczył. Imponowały mi również jego inteligencja, przenikliwość analityczna, osiągnięcia naukowe i sprawność umysłu w tak zaawansowanym wieku. Byłem świadkiem kilku jego wystąpień, które potwierdziły moje wrażenie. W końcu, na początku roku miałem okazję spotkać się z profesorem osobiście i przeprowadzić z nim wielogodzinną rozmowę. Spotkanie to potwierdziło moją ocenę, że Witold Kieżun jest najwybitniejszym znanym mi żyjącym Polakiem i wzorem wartym naśladowania.

O pogłoskach, że w archiwach IPN-u  „coś jest na Kieżuna” usłyszałem pierwszy raz ok. rok temu, ale tłumaczyłem to jego działalnością wykładową i ekspercką dla rządu PRL-u oraz wyjazdami za granicę. W swojej książce dość otwarcie wspominał o wezwaniach, rozmowach i zagrywkach z funkcjonariuszami SB i było to dla mnie wiarygodne.

(…)

Czy zarzuty wobec profesora są uzasadnione i wiarygodne?

Z tekstu opublikowanego wynika, że w 1973 r. (czyli 41 lat temu) SB zarejestrowało profesora Kieżuna jako TW Tamiza, a zamknęło teczkę po jego wyjeździe na emigrację w 1980 r. Z materiałów SB wynika również, że prof. Kieżun nigdy nie podpisał zobowiązania do współpracy, nie brał pieniędzy od SB, czyli wygląda na to, że nie ma dowodów na to, że wiedział o swojej rejestracji i był świadomy swojej roli jako TW.

Jeśli chodzi o sam tekst w Do Rzeczy, to patrząc z zewnątrz rzeczywiście czyta się go fatalnie. Autorzy celowo układają narrację w taki sposób, aby przedstawić Kieżuna jako gorliwego donosiciela, który osobiście utożsamiał się z celami SB i często wkładają w tok  słów urywków z teczek swoje własne interpretacje, np. w ten sposób:

„[Kieżun] był tak zaniepokojony rozwojem ruchów antykomunistycznych, że w sierpniu 1977 r. zaproponował bezpiece skuteczniejszą metodę walki z opozycją.” piszą autorzy Do Rzeczy. Czyta się to przerażająco. Czytamy jednak dalej:

„Pójście na represje – miał tłumaczyć SB – nie przywróci zamierzonego celu rozwiązania tego zjawiska, a może podnieść popularność ich organizatorów.  […] [Kieżun] uważa, że najbardziej trafnym rozwiązaniem było wydanie amnestii i zamknięcie sprawy czerwca ubiegłego roku”.

Czy więc – znając osobę i życiorys prof. Kieżuna, który np. na początku lat 80-tych jeździł po całej USA wygłaszając kilkanaście wykładów o Solidarności „the Spirit of Solidarity”, wiarygodna wydaje się interpretacja narzucana tu przez autorów, że Kieżun był rzeczywiście zaniepokojony rozwojem opozycji, a nie nasuwa się raczej myśl, że może w swoich rozmowach z SB, których nigdy nie ukrywał, to zaniepokojenie tylko pozorował, a w tej konkretnej sprawie chciał wpłynąć na władzę, aby złagodzić represje wobec opozycji? Przedstawianie sugestii Kieżuna, aby władze zaprzestały represji wobec opozycji, jako dowodu na jego faktyczną wrogość wobec niej, wydaje mi się co najmniej dziwne.

Takie tendencyjne zaostrzenia tekstu dokumentów jak przedstawione powyżej – autorzy dodają w wielu miejscach np: „Tamiza był tak gorliwy, że…”, „podsumowywał pogardliwie” itd.

(…)

Donosy czy ustalona gra

Zastrzeżenia budzi też opis rzekomych donosów Kieżuna na swojego przyjaciela i towarzysza broni z Powstania Warszawskiego – Wiesława Chrzanowskiego. Autorzy przejmują SB-cką narrację, że Kieżun pytany o Chrzanowskiego sam zaproponował inwigilację Chrzanowskiego na zbliżającym się przyjęciu imieninowym, ale niestety mimo swoich starań wrócił do SB z pustymi rękami oznajmiając, że nagle Chrzanowski na tych imieninach był na Kieżuna obrażony i nie chciał z nim rozmawiać.

Czy tylko mi nasuwa się myśl, że to raczej umiejętne zbycie SB, niż nieumiejętność wywiązania się z zadania? Autorzy jednak dalej przejmują język, którym Kieżun karmił SB, do opisu stanu rzeczywistego: „Chrzanowski był jednak nadal nieufny. […] [Kieżun] w dalszym ciągu ubolewał nad jego rezerwą, skarżąc się SB, że taka postawa uniemożliwia mu skuteczne „sondowanie jego orientacji politycznej i zamierzeń”” Zastanawiam się, co by panowie Cenckiewicz i Woyciechowski zrobili w podobnej sytuacji – odmówili spotkania z SB? Może.

Prof. Kieżun działał w konspiracji antyhitlerowskiej i przeżył przesłuchania NKWD, wymyślając legendy i przykrywki. Konspiracja polega na tym, że ukrywa się istotne fakty np. uwierzytelniając się stwierdzaniem faktów nieistotnych, niegroźnych i możliwych do zweryfikowania. W swoich książkach profesor tłumaczy, że podobne metody stosował również wobec SB i nie ukrywa swojej strategii przekonywania ich do swojej lojalności wobec systemu, więc „odkrycie” teczek pełnych takich „doniesień” nie powinno być dyskwalifikującą go teraz niespodzianką. Z punktu widzenia dzisiejszych doświadczeń, można mu może zarzucić pewną naiwność – ale czy ukrywanie przeszłości agenturalnej?

Czy prof. Kieżun rzeczywiście ukrywał charakter swoich kontaktów ze służbami?

Ciekawa w tym kontekście jest notatka SB przedrukowana w Do Rzeczy, jako jedyny oryginalny dokument z jego „donosu” (o innych zamieszczonych dokumentach niżej). Notatka SB z rozmowy operacyjno – sondażowej obciążająca Kieżuna brzmi następująco:

„Zgodnie z zatwierdzonym wnioskiem w dniu 25 bm. Przeprowadziłem z w/w [W. Kieżunem] rozmowę po uprzednim telefonicznym uzgodnieniu z nim terminu i miejsca rozmowy. Z uwagi na to, że chętny był przyjechać do K-dy rozmowę przeprowadziłem w tut. Komendzie w godz. 10,30-13,00. Podczas rozmowy zachowywał się swobodnie oraz udzielał wyczerpujących wyjaśnień.
Rozmowę głównie skoncentrowałem wokół jego wyjazdów do KK i kontaktów na tamtejszym terenie, oraz jego spostrzeżeń godnych zainteresowania Służby Bezpieczeństwa. Do tak postawionej sprawy rozmówca podszedł z dużą dozą dobrej woli i szczegółowo kolejno scharakteryzował swoje kontakty zagraniczne i krajowe.
Otóż z jego wypowiedzi wynikało, że we Francji bywa stosunkowo najczęściej / Paryż i Tuluza / z racji pracy naukowej i wygłaszania odczytów i wykładów na Sorbonie z dziedziny Prakseologii i w Tuluzie i swego kuzyna Jana Wojewódzkiego którego odwiedza prywatnie.
[fragment nie widoczny na przedruku]
Rozmowę wykorzystał do zorganizowania zbliżenia polskich naukowców z prof. Langrodem. Tenże profesor w latach do 1947r. stale przebywał w Polsce, będąc przedstawicielem zagranicznej polskiej placówki odmówił powrotu do kraju na przełomie 1947-1948 r. i znalazł się we Francji. Jest autorem szeregu artykułów na tematy opublikowanych w Kulturze paryskiej, o wymowie negatywnej w stosunku do PRL. Rozmówca określając go od strony politycznej oświadczył, że wg. niego prof. Langrod jest masonem, silnie powiązanym z masonerią francuską. Reprezentuje poglądy demoliberalne. Charakterystyczne wg. rozmówcy u niego jest to, że jest negatywnie nastawiony do akcji emigracyjnej Żydów z Polski…”

Znowu – notatkę tę czyta się jak paskudny donos. Warto jednak przytoczyć, co prof. Kieżun sam napisał o tej samej rozmowie w swojej książce biograficznej:

„Przy kolejnym spotkaniu [prof. Zieleniewski] przeczytał mi fragmenty listu, jaki otrzymał od prof. Langroda z Paryża. Pisał on bardzo pozytywnie o mojej aktywności w Paryżu i o publicznym odczycie na Sorbonie. Optymistycznie prognozował mój rozwój naukowy. Wreszcie gratulował profesorowi jako memu promotorowi.
Ta wiadomość oczywiście sprawiła mi przyjemność, nie spodziewałem się jednak, że to właśnie ona będzie prawdopodobnie źródłem ponownego wezwania mnie do Pałacu Mostowskich. Spotkał się ze mną ten sam funkcjonariusz, co poprzednio. Tym razem grzecznie prosił o szczegóły mojego ostatniego (sprzed dwóch lat) pobytu w Paryżu. Chodziło mu o wyjaśnienie celu i charakteru tej wizyty zorganizowanej przez dr. Stanisława Frybesa. Były to niepokojące pytania, bo spotkałem się przecież wówczas z redaktorem Giedroyciem i napisałem dla niego krytyczną analizę sytuacji społeczno-politycznej w przededniu upadku reżimu Gomułki. Wyjaśniłem, że uczęszczałem na seminarium prof. Jerzego Langroda i miałem publiczny odczyt na Sorbonie pod tytułem styl zarządzania w polskich instytucjach i przedsiębiorstwach, na którym był obecny drugi sekretarz polskiej ambasady. Tekst mego odczytu jest publikowany w piśmie „Prakseologia”, w Paryżu brałem też udział w wykładach prof. Stefana Kieniewicza z Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszkałem w Polskim Ośrodku przy rue Saint Germain. Dwukrotnie byłem zapraszany na przyjęcia w ambasadzie polskiej, gdzie poznałem osobiście ambasadora. 
Te wyjaśnienia okazały się wystarczające. Nie było żadnych pytań o kontakt z Mają Łamzaki i redaktorem Giedroyciem, czego się bałem. Oznaczało to, że nie byłem w Paryżu śledzony. Geneza tego przesłuchania była jednak jasna. Prof. Langrod współpracował blisko z redaktorem Giedroyciem. Niewątpliwie wszystkie listy od niego były kontrolowane przez bezpiekę, być może zresztą wszystkie zagraniczne listy do prof. Zieleniewskiego były kontrolowane.”

Profesor Kieżun opisał tę sytuację sam, dobrowolnie, lata przed opublikowanym wczoraj artykułem, więc nie do końca rozumiem zarzut dziennikarzy Do Rzeczy i innych, iżby prof. Kieżun ukrywał kontakty z SB i gdyby tylko się przyznał, to oszczędziłby sobie i nam tych przykrości. Jak widać prof. Kieżun dość otwarcie pisał o nich wcześniej w swoich książkach. Jego tłumaczenie, że umyślnie skierował rozmowę z SB na Langroda, aby odwrócić uwagę od swoich spotkań z Giedroyciem, bo SB i tak już wiedziała o jego kontaktach z Langrodem z powodu udziału członków polskiej ambasady we wspólnych wykładach, brzmi wiarygodnie.

Z notatki SB z tego spotkania wiemy, że o profesorze Langrodzie „donosi”, że był masonem oraz krytycznie nastawiony do PRLu. Nie jest to rewelacją, bo oba fakty były powszechnie znane. (We Francji masoneria Grand Orient de France jest instytucją de-facto jawną, i do dziś wielu czołowych polityków socjalistów otwarcie przyznaje się do członkostwa)

W Do Rzeczy nie ma ani słowa o tym, że prof. Kieżun pisał już o tej sytuacji. A zamiast tego naczelny Paweł Lisicki wytacza ciężkie działa:
„Donosicielstwo, zdrada, szantaż – dzięki nim SB mogła być skuteczna. Dlatego tak ważne jest wyjaśnienie charakteru kontaktów profesora ze służbami. Wielka szkoda, że nie zrobił tego wcześniej sam Witold Kieżun. Tego wymagała sprawiedliwość

A czym, jeśli nie próbą „wyjaśnienia charakteru kontaktów profesora ze służbami”, jest  dobrowolne opisanie tej rozmowy przez prof. Kieżuna w swojej książce na długo przed obciążającą go publikacją?

(…)

Czy redaktor Lisicki odpowiedzialnie użył słów: „donosicielstwo, zdrada, szantaż”?  I przede wszystkim, czy prof. Kieżun rzeczywiście ukrywał swoją „agenturalność”?

Prof. Kieżun twierdzi, że w latach 70-tych nie był świadomy swojej rejestracji jako TW. O swoich kontaktach z SB, przede wszystkim z kapitanem Tadeuszem Szlubowskim, otwarcie mówił długo przed tą publikacją, ale twierdzi, że wiele materiałów z jego „teczki” pokazane mu niedawno zostały skopiowane z jego raportów do Kultury w Paryżu, lub wziętych z opracowań naukowych. Możliwe, że w trakcie periodycznych wezwań do SB te wątki wychwycone z jego korespondencji były pogłębiane, tak jak widzieliśmy w przypadku prof. Langroda.

(…)

 Trzeba było „odstrzelić” prof. Kieżuna, bo pewne środowiska stosowały intelektualny szantaż wobec środowiska neorealistów

Pozostaje trzeci argument, przytaczany dość otwarcie przez autorów tekstu i redakcję. Sugeruje on, że prof. Kieżun prezentowany jako krystalicznie czysta postać był niesprawiedliwie trudnym przeciwnikiem dla środowiska „neo – realistów” współpracujących z tygodnikiem, przede wszystkim dla zastępcy redaktora naczelnego Piotra Zychowicza, ale również dla Rafała Ziemkiewicza i autora tekstu o Kieżunie, Sławomira Cenckiewicza, którzy głoszą skrajnie negatywną ocenę Powstania Warszawskiego, a dodatkowo redaktor Zychowicz propaguje koncepcję sojuszu Polaków z Hitlerem.
Czyżby sugestia, że w tym leży prawdziwy powód nagonki na profesora, była przesadną teorią spiskową?

Jednak autorzy tekstu wcale nie kryją swojej motywacji: „W obliczu dobiegających końca obchodów 70 rocznicy Powstania Warszawskiego chcemy jedynie zwrócić uwagę opinii publicznej na sytuację, w której wyrocznią w sprawach historii, polityki i moralności jest człowiek niemający odwagi przyznać się do błędu”

Wtóruje im Rafał Ziemkiewicz w swojej wypowiedzi dla TV Republika:
„Ta wiedza po środowisku krążyła. Ale „pewne środowiska” chciały go wykreować na autorytet, którego słowo jako starego powstańca ma ucinać wszystkie dyskusje, ucinać wszelkie argumenty”

Redaktorzy więc otwarcie przyznają, że autorytet profesora przeszkadzał im w głoszeniu swoich ocen „w sprawach historii”.
Odnoszę wrażenie, że było wręcz odwrotnie niż sugeruje Rafał Ziemkiewicz – ludzie słuchali argumentów o Powstaniu prof. Kieżuna, bo były one przekonujące. Witold Kieżun nigdy nie powiedział: Ja, jako niekwestionowany bohater Powstania ogłaszam, że Zychowicz i spółka to idioci albo zdrajcy (choć pewnie miałby do tego prawo).

Nie, z budzącą szacunek cierpliwością powtarzał swoje rzeczowe argumenty o tym, że dla niego Powstanie było koniecznością i wywodziło się z postawy i odczuć samych Warszawiaków, którzy odmówili wykonania rozkazu Niemców stawienia się 100 000 mężczyzn do budowy fortyfikacji Warszawy. Nie przypominam sobie żadnej głośnej polemiki z argumentami prof. Kieżuna ze strony młodych realistów.

Zamiast tego, tygodnik zastosował metodę, którą innym – może w ramach projekcji – wmawia Ziemkiewicz. To oni na podstawie znanych informacji oraz teczek IPN-u zmiksowali bombę, która miała na celu zdyskredytować autorytet profesora, zamiast wdać się w merytoryczną dyskusję z nim.

Przewrotność i nikczemność takiego manewru jest dla mnie przerażająca.

Szkody wyrządzone profesorowi, Polakom i Polsce są ogromne. Fizycznie wzbiera mi się na wymioty, gdy czytam komentarze ludzi, którzy już od niedzieli, po pojawieniu się okładki, ale przed ukazaniem się tekstu w Do Rzeczy, wylewają na profesora kubły wyzwisk w stylu „kapusia”, „UB-ka”, „donosiciela”, nie wiedząc jeszcze, co w rzeczywistości mu się zarzuca.

Nasuwa się myśl, że może studiując latami teczki i sposób działania SB, autorzy zinternalizowali ich metody.

Ale jestem przekonany, że mogą się dalej dwoić i troić, ale Polacy i tak nigdy nie zastąpią pamięci i podziwu dla bohaterów proponowanymi przez nich fantazjami kolaboranckimi, relatywizmem moralnym, oportunizmem i interesownością. I niestety, nie może ta sprawa też upiec się tygodnikowi Do Rzeczy. Jest mi z tego powodu przykro, bo czytałem do teraz każde wydanie, choć w ostatnim czasie coraz mniej chętnie. Szkoda będzie utraty tygodnika konserwatywnego w obliczu dominacji rynkowej prasy establishmentowej, ale myślę, że po tej sprawie tygodnik Do Rzeczy straci tylu czytelników, że w następnych miesiącach upadnie. Ja w każdym razie ostatni raz kupiłem ten tygodnik.

(…)

Roch Baranowski

czytaj CAŁOŚĆ: TUTAJ

zobacz też:

Przykro mi, ale nie nie dowierzam. O tych dokumentach historycy wiedzieli od lat i nikt nie robił z nich wielkiej sensacji. To, że opublikowano je właśnie tu i właśnie teraz nie jest dziełem przypadku. Przypominam, że wczesniej prof. Kieżun publicznie negatywnie wypowiadał się o naszych „historycznych rewizjonistach”, w tym przede wszystkim o „Obłędzie44” Piotra Zychowicza. I wszystko wskazuje na to, że ci, których krytykował, postanowili go za to „ukarać”. Dla mnie ta publikacja jest niesmaczna, wręcz żenująca.   

Reklamy

9 comments on “„Przewrotność i nikczemność takiego manewru jest przerażająca” – o sprawie profesora Kieżuna

  1. -wydai mi s je że jest to grubemi nićmi szyte.Owszem,jestem za obu profesorami …
    Mogło by tego zamieszania nie być…w obecnym czasie.No ale jest…
    Panie prof.Cenckiewicz,pracowałem z komuchami.Komuch to była inna forma eNkawudzisty służąca zniewalaniu.Polacy to robili jeśli nie „na potęge” to nie mniej jednak to czynili z zaangażowaniem.Począwszy od Jaruzelski i kiszczak a skończywszy na ostatnich = /wyrobnikach zakładowych czy sprzątaczkach-jeśli mogli/
    Prof.Kieżuna podciągnął bym pod jeszcze inną kategorię.I właśnie scharakteryzowanie tej kategorii jest pewną trudnością .Również dla pana.

  2. Jako prosty niewykształcony człowiek wiem jedno, Pan Profesor Kieżun jest żywym przykładem Człowieka szanującego hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” i żaden Cenckiewicz, czy inny, nawet bardzo wykształcony, nie zamota mi w głowie. To wszystko jest ohydne!!! Co na to pan Gmyz? Na „Bolka” fałszowali dokumenty, a Profesor Kieżun ma być sponiewierany? Za krótkie łapki do tak wielkiego bohatera

  3. Prawda w oczy kole.. Niestety. Jak twierdzą autorzy, w dokumentach zachowało się wszystko. Sama publikacja jest w mojej opinii rzetelna: profesor o sprawie wiedział OD MAJA, autorzy przeprowadzali z nim szczegółowe rozmowy, wreszcie na łamach tego samego numeru tygodnika dali mu szansę odpowiedzi. Gdy chcieli sprawdzić wątek współpracy z Amerykanami: ściana – nic się nie trzyma kupy. Daty, osoby, wizyty w ambasadzie..

    Cenię Pana Profesora, dla mnie również był autorytetem, ale chyba przyznacie, że jest bardzo naiwny.. 32 spotkania z oficerami SB, ponad połowa w lokalach konspiracyjnych – tego nie da się obronić. Rzekoma ucieczka z kraju – też interesująca kwestia, bo wszystkie jego wyjazdy i pełnione funkcje były za zgodą władz PRL-u. Opowieści, że współpraca miała być jakąś grą – każdy dorabia sobie ideologie. Nie chciał pobierać pieniędzy, ale za to otrzymywał jakieś rzeczy materialne.
    Cała sprawa dla mnie jest przykra, ale czasu żeby wszystko dokładnie wyjaśnić było dość. A odpowiedniej pory na taką publikację nie ma nigdy – lepiej przed 1 sierpnia ?

  4. Bardzo dziekuje za ten artykul broniący prof. Kiezuna. Calkowicie zgadzam się z ta trescia. Nadal bardzo szanuje profesora , jego przeszlosc jest dla mnie wzorem .Czytam wszelkie publikacje , wspomnienia profesora oraz oceny bieżącej polityki i całkowicie zgadzam się z wypowiedziami. Panie Profesorze , serdecznie Pana pozdrawiam. Anna

    • @Pani Aniu,
      Kreślę zadanie z Panią, zgadzam się z Pani i zdaniem Pana Profesora. Inni po wpływem tvn, Polsatu słuchając tych manipulantów sami się ośmieszają.

  5. Dlaczego Tv Republika nie broni Bphatera ?!!!! cos tu jest nie tak…., powiem tak : Trzymajcie swoje lapy z daleka Czerwonii !!!

      • @Anna, ma całkowitą rację. Nie będę się „pryszyczył”, szanuję swoją klawiaturę. Ukłony dla Pani Ani.

Możliwość komentowania jest wyłączona.