Strof: Oktawy barwińskie


Swit2Zmierzchało lato, Barwinek się studził,
chmury zbijały się w zlęknione stado.
Szarzały twarze poskurczanych ludzi,
suszących siano na przekór opadom.
Sens życia widząc w swym codziennym trudzie,
trwali w prawości nadal wbrew przykładom.
Rzeki wzbierały, szarpiąc ciemną glinę:
„jestem, bo jestem; ginę, bowiem ginę”.

Pękał laminat z prawej strony mapy,
budapesztańskich cichły tony umów.
Niedźwiedź zaryczał, szarpany za łapy,
których nikt obciąć nie potrafił z tłumu.
Pień murszejący łupano na szczapy,
by sycić ogień ognisk bez rozumu.
Kwitła pożoga, wiader nikt nie chwytał:
sznaps w nich się chłodził, rozgrzewał kapitał.

Schował się w dobrach afgański oksfordczyk,
jego doradca przepadł – jak pryncypał.
Biało-czerwony kurz przykrył proporczyk,
bowiem o zdanie nikt ich już nie pytał.
Bez spełnień kładły sny pod oczy worki,
wzrastał na giełdzie średni kurs srebrnika.
– Nie oddam nigdy swego ani piędzi! –
wygrażał żebrak, tańcząc na krawędzi.

Karczmarz ze swymi w swoim się okopał,
piętnując stamtąd wszystko, co naganne.
Trzeba być chłopem – uda chętnie chłopa.
Potrzeba księdza? Założy sutannę!
Bulgot trucizny w wnętrzności ukropach
medyków głuszył głosy nieustannie.
Cień z wnętrza ziemi w chmury się zakradał,
szła środkiem lata wojskowa parada.

Chytry posługacz zwietrzył sytuację,
w niejednej w końcu wprawiony topieli.
Jedzie wspomagać wspólną demokrację,
jakbyśmy własnej wspomóc nie musieli.
Książka na podróż z drewnianym pajacem:
baśń o Pinokiu w wydaniu Angeli.
Zaś śledząc media, co swą wzięły gażę,
poweźmiesz pogląd, że już jest cesarzem.

Jeszcze drzwi szafy skrzypią niedomknięte, Swit1
a podzielono buty i garnitur.
Na to, co święte, znów chcą mówić: święte,
niepomni dawnych plugawych partytur.
Łódź się zamienia w coś, co zwą okrętem,
choć rozbroili łajbę nawet z mitu.
Taśmy ściągnęli ze swych ust co prędzej,
nieskrępowane zostały wciąż ręce.

Zieleń przyblakła; chłód wyostrza skały,
ryk krów czerwonych kruszy biały wapień.
Jedną stałością świata – że niestały,
prowincja ciała stolicą utrapień.
Nic przepowiednie wiedzy nie przydały
ani historia w naszych dłoni mapie.
Być może mamy, co nam jest pisane.
Noc już się kończy, lecz nie wstaje ranek.

Advertisements