Jadwiga Chmielowska: Niech RAŚ-owcy stulą pyski!


rasNiech podadzą nazwiska i ilości swoich ojców, którzy walczyli z NKWD i KBW. Śląsk został w 1945r. bardzo spacyfikowany właśnie łagrami a śląskie AK wylądowało w więzieniach. W Beskidach i w Zagłębiu trwała walka!
Nie było państwa polskiego a strefa okupacyjna sowiecka. Polski Rząd był w Londynie. Oddziały Polskiego Państwa Podziemnego po AK-owskie i NSZ walczyły z nowym okupantem.

Wszyscy ci, którzy wstępowali w szeregi UB i PPR to zaprzańcy. Hańba spada nie tylko na nich ale na ich dzieci. Zdradę ojczyzny przez ojców i dziadów można powetować jedynie w kolejnych pokoleniach krew za nią przelewając.
Niech aktywiści RAŚ podadzą kim byli w PRL-u i prześledzą przeszłość swoich ojców!

Ilości poległych Polaków w walce z tymi, którzy te łagry zakładali w poniższym tekście Grzegorza Wąsowskiego:

http://wpolityce.pl/artykuly/45679-krotka-reflek…

Krótka refleksja o paralelności na marginesie tekstu prof. A. Nowaka o Powstaniu Styczniowym, czyli rzecz o „uziemionych” politrukach i dzielnych kowalach

Tekst ten ośmielam się zadedykować Panu Andrzejowi Łukasiukowi, synowi kpt. Władysława Łukasiuka „Młota”

„Walka beznadziejna, walka o sprawę z góry przegraną,
bynajmniej nie jest poczynaniem bez sensu.
(…) Wartość walki tkwi nie w szansach zwycięstwa sprawy,
w imię której się ją podjęło, ale w wielkości tej sprawy.”

Prof. Henryk Elzenberg

„Długi łańcuch ludzkich istnień połączonych myślą prostą”

Numer 2 (6) 2013 tygodnika „W sieci” przyniósł ze sobą znakomity esej prof. Andrzeja Nowaka na temat powstania styczniowego. Autor, z dobrze znaną czytelnikom jego tekstów wielką erudycją, kulturą słowa, jasnością myśli i wykwintną formą ich przekazu, poddaje analizie styczniową insurekcję. Widzi w niej ważne ogniwo w będącej istotą polskości tradycji wolnościowej, tradycji zmaterializowanej w historii naszego zakątka ziemi łańcuchem zrywów powstańczych ulokowanych w ramach czasowych XVIII – XX wieku. Autor, kończąc swój tekst, pisze:

To jest istota polskości: 255 lat walki o wolność. Od konfederacji dzikowskiej 1734 r. do strajków „Solidarności” 1988 r. W samym centrum tej długiej, podtrzymującej polskość tradycji, jest powstanie styczniowe.

I w samym finale pyta:

A gdzie my wobec niej jesteśmy?

Przygotowaniem do przywołanych, końcowych fraz eseju prof. Nowaka jest zwięzłe przypomnienie kolejnych przystanków na drodze do naszej niepodległości, tych po powstaniu styczniowym:

I wybuchały kolejne powstania: mniej znane (…) Potem bardziej znane, wielkie: warszawskie. I kolejne, choć bez nazwy insurekcje, kontynuujące tego samego ducha poświęcenia dla wolności i Polski: manifestacja młodzieży w Krakowie 3 maja 1946 r., potem Czerwiec Poznański 1956 r., wystąpienia milenijne w 1966 r., Marzec 1968 r. (…) aż po ostanie strajki „Solidarności” – w Nowej Hucie i Stoczni Gdańskiej w kwietniu – maju 1988 r.

Zgubione ogniwo

I tym właśnie, ową zwięzłością wspomnienia kolejnych po powstaniu styczniowym zrywów wolnościowych naszych przodków, a także naturalnymi dla prasy drukowanej ograniczeniami objętości tekstów, nawet tak doniosłych jak ten, o którym piszę, tłumaczę sobie, że Autor pominął w swym wyliczeniu akurat z ducha i charakterystyki toczonej walki chyba najbliższą powstaniu styczniowemu epopeję. Mam na myśli zbrojny opór przeciw komunistycznemu zniewoleniu stawiany w latach 1944 -1954 przez partyzantkę antykomunistyczną – Żołnierzy Wyklętych. A przecież jeżeli na polskiej drodze do niepodległości, pośród kolejnych na niej przystanków, wzniesionych z hartu woli i ofiary kolejnych pokoleń naszych rodaków, pokoleń którym przyszło walczyć o niepodległość Ojczyzny czy też w jej obronie, szukać najbliższej powstaniu styczniowemu analogii, to bez wątpienia epopeja żołnierzy oddziałów „Łupaszki”, „Młota”, „Zapory”, „Uskoka”, „Warszyca” i wielu innych jednostek partyzanckich z okresu walki z komunistycznym zniewoleniem wydaje się nie mieć konkurencji. Dlatego, zachęcając do lektury tekstu prof. Nowaka tych, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z tym, powtarzam, wspaniałym szkicem, pozwolę sobie w dostępny mi, czyli raczej zgrzebny, sposób uzupełnić istotną lukę, którą dostrzegłem w wywodzie Autora. Przy tej okazji apeluję do wszystkich wrażliwych na polską tradycję wolnościową ludzi światłych umysłów, aby w podobnie ważnych tekstach, jak ten, który wyszedł spod „pióra” prof. Nowaka i ucieszył oczy czytelników tygodnika „W sieci”, nie pomijali Żołnierzy Wyklętych. Są oni dopiero od bardzo niedawna nieco szerzej obecni w świadomości naszej wspólnoty narodowej, a przecież ich walka stanowi na polskiej drodze do niepodległości jeden z najważniejszych, z racji skali heroizmu i ofiary złożonej wówczas na ołtarzu wolności Ojczyzny, przystanków; poświęcenie Żołnierzy Wyklętych jest bardzo ważne dla naszej narodowej tożsamości i czas najwyższy, aby było tak powszechnie postrzegane.

Paralelności wymiar historyczny

Prof. Nowak pisze w swoim tekście:

Przez szeregi powstańców przewinęło się nie mniej niż 100 tys. ochotników. Stoczyli przeszło 1200 bitew i potyczek z wojskiem rosyjskim (…) I przegrali. Symbolicznie kończy powstanie szubienica, na której 23 maja 1865 r. w Sokołowie Podlaskim zawisł ks. Stanisław Brzóska, kapelan i generał armii powstańczej, ostatni dowódca oddziału, który w okolicach Łukowa przetrwał do przedwiośnia 1965 r.

Wykazując tytułową analogię, przypomnę, że przez szeregi polskiego podziemia antykomunistycznego walczącego w latach 1944 – 1954 na ziemiach będących w aktualnych granicach Polski (osobny i praktycznie zupełnie zapomniany rozdział stanowi epopeja polskiej partyzantki antykomunistycznej działającej na „straconych posterunkach” na wschód od linii Curzona po lipcu 1944 r.) przewinęło się ok. 200 tys. ludzi, z czego w samym tylko 1945 r. ok. 20 tys. wzięło udział w walce z bronią w ręku. Żołnierze Wyklęci stoczyli setki bitew i potyczek (największe i najbardziej zaciekłe z nich to walki z wojskiem sowieckim wspieranym przez rodzime siły komunistyczne : pod Kuryłówką, w Lesie Stockim, w Miodusach Pokrzywnych, w Łempicach, pod Zwoleniem i w Ostrowach Tuszowskich). I także przegrali. Symbolicznie kończy powstanie antykomunistyczne śmierć Józefa Franczaka „Lalka” w dniu 21 października 1963 r., czyli dokładnie, jeśli mierzyć latami, sto lat od wybuchu powstania styczniowego.

Prof. Nowak podaje w swym tekście bilans strat powstania styczniowego. Czytamy tam:

Blisko 20 tys. poległych i zabitych (w tym niemal tysiąc straconych z wyroku carskich sądów polowych), 35 – 40 tys. zesłanych na Syberię i w inne oddalone rejony Imperium.

Bilansując straty po stronie Żołnierzy Wyklętych, należy wymienić liczbę co najmniej 8 tys. poległych w walkach, nie mniej niż 30 tys. zamęczonych w więzieniach i podczas śledztw w katowniach bezpieki (w tym blisko pięć tysięcy ludzi straconych z wyroków różnego rodzaju sądów komunistycznych), kilkadziesiąt tysięcy wywiezionych do obozów koncentracyjnych w Rosji Sowieckiej (z których ok. jedna czwarta pobytu na „nieludzkiej ziemi” nie przeżyła) i kolejne kilkadziesiąt tysięcy uwięzionych (osób więzionych w komunistycznych więzieniach na ziemiach polskich było oczywiście znacznie więcej; terror komunistyczny dotykał bowiem nie tylko ludzi bezpośrednio czy pośrednio zaangażowanych w walkę o wolność, ale wszystkich, których komuniści uznawali za choćby potencjalnych swoich wrogów czy przeciwników).

Powstanie styczniowe było zrywem niepodległościowym o silnym rysie partyzanckim, bez frontów i armii w klasycznym, sztabowym rozumieniu tych pojęć, za to z szeregiem walczących w oderwaniu od siebie oddziałów (nazywanych wówczas partiami). Nie doszło podczas jego trwania do jednej czy też kilku bitew decydujących o losach całej kampanii, za to miało miejsce wiele walk o znaczeniu lokalnym. Dysproporcja sił powstańców i ich wrogów była zatrważająco niekorzystna dla naszych przodków. Jedyną szansą na sukces powstania było uwrażliwienie na los Polski tzw. wolnego świata, ale wolny świat losem Polski przejął się nie za specjalnie… Dokładnie w ten sam sposób, przy drugoplanowych różnicach, przebiegała także epopeja Żołnierzy Wyklętych…

Powstanie styczniowe, o czym trafnie napisał w swym tekście prof. Nowak, odegrało bardzo ważną rolę w procesie kształtowania świadomości historycznej i wolnościowej kolejnych pokoleń naszych przodków, które krwawiły w walce o wolność. Pokoleń, którym, jak to pięknie ujął bodaj Andrzej Przewoźnik, Polska nie była dana, ale zadana. I one wielkie to zadanie przyjęły i poniosły dalej. Dotyczy to zarówno legionistów Józefa Piłsudskiego, jak i ich następców w sztafecie pokoleń ofiarnych: żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego z okresu okupacji niemieckiej i podziemia antykomunistycznego z lat 1944-1954. Tradycja insurekcji styczniowej była bardzo silnie pielęgnowana w okresie II Rzeczypospolitej. Omówienie tylko ważniejszych uroczystości z tamtego okresu, podczas których upamiętniano powstańców styczniowych i oddawano im hołd, wystarczyłoby na opasłą publikację z gatunku „kronika wydarzeń”. W każdym razie owo przyjęcie pokoleniowego zobowiązania, testamentu spisanego krwią i cierpieniem powstańców styczniowych, przekazanego w czasie międzywojennym przez państwo polskie swoim obywatelom, było jednym z istotnych czynników kształtujących etos wolnościowy i propaństwowy pośród pokolenia wychowanego w II Rzeczypospolitej.

Paralelności wymiar praktyczny

Dla wielu pamięć o sztafecie pokoleń ofiarnych w dziejach naszej Ojczyzny nie ma żadnego znaczenia. Nie chcę wchodzić w rozważania czy takie spojrzenie jest właściwe. Dla mnie pamięć ta jest fundamentem wspólnotowości, w jej narodowym wymiarze. Ale to tylko mój punkt widzenia. Rozumiem, że istnieją zapatrywania całkowicie odmienne. Szanuję prawo do ich wyznawania i głoszenia. Wedle zasady „żyj i daj żyć”, najlepszej, zdaniem Józefa Mackiewicza, ewangelii życia społecznego. Tak czy inaczej, przywołam za chwilę zdarzenie, które pokazuje, że czasami owa pamięć pokoleniowa o krwi przelanej za wolność nabiera znaczenia bardzo dosłownie praktycznego. Znam tę historię z kart „Pamiętnika” kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, ostatniego dowódcy podziemia antykomunistycznego na Lubelszczyźnie. Wydany staraniem IPN wiosną 2004 roku „Pamiętnik” uznaję za jedną z najważniejszych pozycji stojących na półkach mojej domowej biblioteki. Ponieważ historia ta, zanotowana przez „Uskoka” jako wspomnienie z marca 1945 roku, jest jednocześnie znakomitym przyczynkiem do moich rozważań na temat paralelności pomiędzy powstańcami styczniowymi i Żołnierzami Wyklętymi, pozwalam sobie przywołać ją prawie w całości:

Któryś z pozostałych ni stąd, ni zowąd zanucił:

Z pól do pól
Z jękiem kartaczy z świstem kul
Rozkaz do boju wciąż nas gna
Powstańców dola, ha, ha, ha (…)

Tak, słyszałem, że była to piosenka powstańców z 1864 r.! I my, w osiemdziesiąt lat później, całkiem podobnie śpiewamy. Oni mieli tyranów Moskali, a my mamy tyranów bolszewików (…) Pamiętam z jaką czcią i zaciekawieniem patrzyłem na spotykanych przed wojną weteranów powstania styczniowego. Widok siwowłosych, przygarbionych wiekiem postaci w granatowych uniformach przemawiał do mnie silniej niż wykłady w szkole. Albo to opowiadanie z tamtych czasów, które słyszałem od swego ojca, ojciec słyszał to znów od swego ojca, a mego dziadka. W tych terenach też powstańcy walczyli. Ukrywali się po lasach, nocą przychodzili po żywność. Po walkach widywano rannych i spotykano świeże mogiły…

Był jeden powstaniec, który nazywał się Bogdanowicz. Miał dwadzieścia parę lat i pochodził z tych stron, z Nadrabia. Pewnego razu oddział Bogdanowicza miał potyczkę z Moskalami, w której Bogdanowicz został ranny. Ranny powstaniec począł konno uciekać, a Moskale ruszyli za nim w pościg. Koń Bogdanowicza, wierne i szlachetne zwierzę, uniosło swego pana dość daleko od pogoni w stronę wsi Zezulin. Bogdanowicz, osłabiony, postanowił zatrzymać się i opatrzyć rany (…)

„Uskok” następnie opisuje okoliczności, w jakich, wedle tradycyjnych przekazów, Moskale pochwycili Bogdanowicza, a potem powiesili go w nieodległym od wsi Zezulin lesie. Snując swoją opowieść, Autor wraca do czasów mu współczesnych. Czytamy dalej w Jego „Pamiętniku”:

Opowiedziałem tę historię słuchaczom, którzy znajdowali się na kwaterze, a gdy skończyłem, zjawili się chłopcy z podwodami i z meldunkiem, że we wsi znajdują się dwaj bolszewicy (…) Wysłałem natychmiast patrol, który przyłapał „sojuszników”. Następnie zrobiliśmy dochodzenie na miejscu, w domu W…(nazwisko gospodarza zostało pominięte przez autora niniejszego szkicu – przyp. GW), a siebie podaliśmy jako patrol polskich władz bezpieczeństwa. Bolszewicy okazali się politrukami z sowieckiej formacji lotniczej, znajdującej się w tym terenie (…) Politruków po rozbrojeniu dokładnie zrewidowaliśmy. Dłuższy czas nie mogli uwierzyć, że znajdują się w rękach partyzantów i bynajmniej nie swoich „sojuszników”, gdy się jednak o tym przekonali, mocno ich to załamało. Wiedzieli, że partyzanci politrukom nie folgują, tak samo jak enkawudzistom (…) politruk w wojsku komunistycznym nie po to idzie na front, by walczyć z wrogiem, ale po to, by stać na straży interesów partii, jego zadanie polega na dopilnowaniu, by krwią żołnierza frontowego zdobyte zwycięstwa stały się wyłącznie zwycięstwami idei komunistycznej. Żołnierza należy tak otumanić, by stał się bezwolnym narzędziem w osiąganiu tego celu – to jest też zadaniem politruka – propagatora. Politruk w wojsku, jeśli strzela, to przeważnie do własnych żołnierzy, którzy wahają się iść naprzód na kule wroga. Politruk ma bardzo wiele zadań, nie tylko z wojskiem związanych. Na przykład, co oni robili dziś tam, gdzie ich przyłapaliśmy? Przyszli skierowani przez pepeerowca, a zatrzymali się u człowieka o mętnym charakterze, którego nietrudno zrobić i volksdeutschem, i komunistą, i zdrajcą, sprzedawczykiem, i czym kto chce – dla zysku. Wiadomo, towarzysze politrucy szukają u nas oparcia dla swoich idei. Niosą nam przecież „wolność”, a wiedzą, że Polacy w to nie wierzą. Trzeba więc znaleźć takich, którzy by „uwierzyli”, i przy ich pomocy załatwić się z niewierzącymi. W… nadawał się do takich celów. Owocami współpracy takich politruków z takimi W… są masowe aresztowania. Cóż więc zrobić z takimi? Najwłaściwszą rzecz: „uziemić”. Tak postanowiliśmy. W… pozostawiliśmy na razie w spokoju i tak właśnie było najlepiej, bo choć komuniści nie doszli, co się stało z owymi politrukami i nikogo nie szarpano, to jednak dochodzenia były. W… domyślił się prawdy i od tej pory zaniechał współpracy z „demokracją”.
Konie z powodu śliskiej drogi wlokły się powoli. Zimno i wilgoć dokuczały coraz bardziej. Już nie dżdżysty opad, ale deszczyk marcowy zacinał. Około północy zrobiło się trochę widniej – to światło księżyca przebijało przez chmury. Bolszewicy jechali pod eskortą na drugiej furmance. Siedzieli posępni, milczący. Że nie mieli powodów do radości w tym wypadku, to prawda, ale mnie się wydaje, że taki komunista chyba w ogóle nie może być wesołym, wylewnym, dowcipnym. On zawsze na kogoś czyha i kogoś się boi. Myśli jego z zasady są ponure. Mijamy zabudowanie przy drodze. Ktoś zapytuje jaka to miejscowość.
– Zezulin – odpowiadam.
– Ach! To tutaj, ten powstaniec…
– Tak! Tutaj.
– Panie poruczniku, powinniśmy tych drabów załatwić tam, gdzie Moskale powiesili Bogdanowicza (…)
– Ze względu na spokój Zezulina powiesić ich tutaj nie możemy, ale możemy ich „ulokować” w inny sposób. Pod ziemią, tak by ich nie odnaleziono – odpowiedziałem.
Po chwili zatrzymaliśmy się przy leśnych zaroślach. Chłopcy bez rozkazów krzątali się szybko i z ochotą. Znalazł się szpadel. Przygotowano dół. Ustawiono „sojuszników”. Ogłoszono im wyrok. „Znaju, szto nie winowat” odpowiedzieli po swojemu i chcieli mówić coś dalej, ale rozległa się komenda „Pal” i zlewające się ze sobą dwie długie serie zagłuszyły wszystko. Po dzień dzisiejszy nie wiem, czy mi się wtedy wydało, czy też rzeczywiście po seriach ktoś krzyknął, i to paru głosami naraz: „Za powstańca Bogdanowicza”.

Dodam, z kronikarskiego, w tym wypadku bardzo smutnego obowiązku, że kpt. Zdzisław Broński „Uskok” zginął 21 maja 1949 r. Otoczony przez komunistów w swojej kryjówce w zabudowaniach rodziny Lisowskich położonych we wsi Dąbrówka, nie mając szans na ucieczkę, rozerwał się granatem. „Pamiętnik”, który po Nim pozostał, jest absolutnie unikalnym w skali całej Polski źródłem pozwalającym poznać motywacje i realia walki prowadzonej przez Żołnierzy Wyklętych. Jest lekturą obowiązkową dla każdego, kto chce zrozumieć historię podziemia antykomunistycznego w Polsce. Powiem więcej, gdyby Polska była normalnym krajem, jeśli chodzi o tzw. politykę historyczną, to „Pamiętnik” „Uskoka” byłby lekturą obowiązkową w klasach maturalnych. Taki sam status miałaby powieść Józefa Mackiewicza „Droga donikąd”, będąca arcyciekawym i wręcz anatomicznym studium rozkładu wspólnoty ludzkiej przez zarazę komunizmu. Tymczasem kolejne pokolenia wchodzące w wiek dojrzały dyskutują na lekcjach polskiego na temat postaw ludzkich przedstawionych w „Dżumie” Camusa, dobrej, ale alegorycznej przypowieści o człowieku w obliczu zagrożenia. O alegoriach, z natury ulokowanych w abstrakcji, rozprawiać łatwo. Zaś, jak się zdaje, w kraju, w którym komuniści popełnili morze zbrodni i dokonali ogromnych spustoszeń w praktycznie każdej dziedzinie życia, czyli w naszym kraju, wiedza, zbudowana na tak znakomitych jak „Pamiętnik” „Uskoka” czy wspomniane dzieło Mackiewicza materiałach, o tym jak system komunistyczny działał na ludzi i dlaczego był tak bardzo niebezpieczny powinna być ważnym elementem edukacji powszechnej. Powinna, ale nie jest. Odpowiedź na pytanie jakie są tego przyczyny, wychodzi poza ramy niniejszego tekstu. Sytuacja, niestety, szybko zmianie nie ulegnie, ale niech żywi słuchają wieszcza i nie tracą tego, czego jego zdaniem tracić nie powinni. A jaskółką w tym, zapewne długim jeszcze oczekiwaniu na „edukacyjną wiosnę” niech będzie informacja, że w lubelskim oddziale IPN-u trwają, realizowane przy użyciu najnowocześniejszej aparatury specjalistycznej, prace nad odczytaniem kolejnych kart zapisków „Uskoka” oraz że w końcu tego roku możemy się spodziewać nowej, pełniejszej edycji książkowej „Pamiętnika”, uzupełnionej dodatkowo o zbiór nowoodkrytych dokumentów dotyczących tego legendarnego partyzanta. Niech mi będzie wolno powtórzyć: to jest lektura obowiązkowa nie tylko dla każdego, komu droga jest tradycja wolnościowa, ale także dla wszystkich tych, którzy chcą zrozumieć historię Polski po roku 1944.

W tytule artykułu prof. Nowaka czytamy, że powstanie styczniowe nie było wynikiem „kompleksu antyrosyjskiego”, lecz kolejną reakcją ludzi, którzy zachowali honor i osobistą godność. Reakcją na zniewolenie. Piękna i ze wszech miar słuszna to myśl. Niech godnym jej uzupełnieniem będą słowa jakie skreślił w swych zapiskach kpt. „Uskok”:

Życie poświęcić warto jest tylko dla jednej idei, idei wolności! Jeśli walczymy i ponosimy ofiary to dlatego, że chcemy właśnie żyć, ale żyć jako ludzie wolni, w wolnej Ojczyźnie.

Paralelności wymiar symboliczny – część pierwsza

Nie jest przypadkiem, że mapa terenów, na których insurekcja styczniowa była szczególnie silna, a które leżą w aktualnych granicach Polski, pokrywa się z obszarem dużej aktywności podziemia antykomunistycznego z lat 1944 – 1954. To kolejna przesłanka przemawiająca za paralelnością obu tych, będących reakcją na zniewolenie, wolnościowych zrywów ludzi, którzy zachowali honor i osobistą godność. Znakomitym na to przykładem jest Podlasie. Piękna kraina, która w czasie insurekcji styczniowej była areną wielu wystąpień powstańczych, i która także w czasie zrywu antykomunistycznego z lat 1944-1954 była ogarnięta bardzo dużą aktywnością podziemia. To dzięki patriotycznie nastawionym mieszkańcom Podlasia wspomniany w tekście prof. Nowaka ks. Stanisław Brzóska, nominowany 22 lipca 1863 r. przez Rząd Narodowy generalnym kapelanem wojsk powstańczych województwa podlaskiego, mógł aż do jesieni 1864 r. dowodzić blisko czterdziestoosobowym (podzielonym na grupy) oddziałem, a następnie ze swym adiutantem Franciszkiem Wilczyńskim, z zawodu kowalem, ukrywać się przed usilnie poszukującymi ich władzami carskimi do 29 kwietnia 1865 r. Aresztowani zostali w miejscowości Krasnodęby-Sypytki pod Sokołowem Podlaskim. Obaj zostali powieszeni w urządzonej przez Moskali publicznej egzekucji na rynku w Sokołowie Podlaskim 23 maja 1865 r.

Dowódca jednej z „partii” z okresu powstania styczniowego, Roman Rogiński, w następujących słowach utrwalił obraz jednego z podlaskich szlacheckich zaścianków, z których mężczyźni wyruszyli wraz z nim do powstania:

Gdym wjechał do zaścianka, przedstawił mi się widok następujący: przy każdym domu, stosownie do tego, ilu ludzi zeń szło do powstania, stały kosy oparte o ściany domu. Była to ulica kos!(…) Dziś, gdy patrzę w przeszłość i przypominam sobie ów zastęp, który poszedł ze mną z tych trzech zaścianków, z kosami tylko w ręku, przeciw armatom i sztucerom, zostawiwszy żony, starców i dzieci w domu bez opieki, łza mimowolnie nabiega mi do oczu, jako wyraz czci dla owych ludzi, którzy z miłości dla kraju gotowi byli zdobyć się na najwyższe poświęcenie.

Nawiązując do tego właśnie wspomnienia Rogińskiego, Kazimierz Krajewski, mój serdeczny druh ze szlaków wędrówek za historią Żołnierzy Wyklętych, jakże celnie napisał :

Minęło 81 lat od styczniowej nocy 1863 roku – i znów z podlaskich wiosek wyruszali kolejni ochotnicy, zostawiając „żony, starców i dzieci bez opieki”… Władysław Łukasiuk „Młot” pozostawił żonę i troje kilkuletnich dzieci, Józef Małczuk „Brzask” – żonę i dwie malutkie córki, poległy wraz z nim w kwietniu 1950 r. kowal Kazimierz Tkaczuk „Sęp” – dwuletniego syna, a Józef Oksiuta „Pomidor”, poległy we wrześniu 1950 r., żonę i kilkuletnią córkę. Podobnie jak tamci z kosami przeciw moskiewskim armatom, szli z automatami i karabinami w ręku podjąć walkę z całą machiną totalitarnego państwa komunistycznego, wspieranego przez sowieckie siły okupacyjne.

I także oni, jak ponad osiemdziesiąt lat przed nimi ks. Brzóska, mogli w swej walce wytrwać tak długo, mimo rażącej przewagi sił po stronie wroga, dzięki patriotycznej ludności Podlasia, która udzielała im schronienia i pomocy. Pięknym i jednocześnie tragicznym przykładem takiej postawy mieszkańców Ziemi Podlaskiej są Marian i Czesława Borychowscy, rodzice czwórki dzieci, którzy przez lata, aż do aresztowania we wrześniu 1950 r., udzielali schronienia żołnierzom dowodzonej przez „Młota”, a po jego śmierci w czerwcu 1949 r. przez kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, odtworzonej na Podlasiu 6. Brygady Wileńskiej AK. Cena jaką ludzie ci zapłacili za swoją patriotyczną postawę była ogromna: Marian Borychowski został zamęczony przez komunistów w więzieniu na Rakowieckiej, zaś jego małżonka przesiedziała kilka lat w kazamatach. Przez cały ten czas ich pociechy przebywały w domach dziecka (a bezpośrednio po aresztowaniu rodziców przyszło im spędzić prawie miesiąc w ubeckiej katowni – w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Sokołowie Podlaskim).

Te postawy heroicznie patriotyczne z okresu czynnego oporu przeciwko terrorowi komunistycznemu, jakże bliskie tym ze styczniowej nocy 1863 roku, były, nawiązując do tekstu prof. Nowaka, „kolejną reakcją ludzi, którzy zachowali honor i osobistą godność. Reakcją na zniewolenie.

Pamięć wymaga formy trwałej. Rozumieli to nasi przodkowie, kiedy w latach II Rzeczypospolitej upamiętniali pomnikami i tablicami ofiarę powstańców styczniowych. Również podlasiacy nie zapomnieli o swoich bohaterach z czasów styczniowej insurekcji, a o księdzu Brzósce w szczególności. Ukoronowaniem ich starań było wystawienie w dniu 23 maja 1925 roku na rynku w Sokołowie Podlaskim, w miejscu stracenia księdza Brzóski i jego adiutanta Franciszka Wilczyńskiego, okazałego pomnika upamiętniającego obu powstańców i złożoną przez nich ofiarę. Ponad 80 lat później, we wrześniu 2007 r., w sąsiedztwie tego pomnika stanęło inne upamiętnienie. Na skwerze położonym raptem sto metrów od sokołowskiego rynku, w bezpośredniej bliskości kościoła konkatedralnego, staraniem Fundacji „Pamiętamy” we współpracy z Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz władzami samorządowymi Sokołowa Podlaskiego, odsłonięty został pomnik upamiętniający żołnierzy Armii Krajowej i struktur poakowskich obwodu Sokołów Podlaski „Jezioro”, 6 Brygady Wileńskiej oraz cywilnych mieszkańców powiatu sokołowskiego poległych w walce z komunistycznym zniewoleniem w latach 1944 -1953. Na kamieniach ulokowanych u podnóża pomnika, symbolizujących szaniec ofiarny ze strof wiersza Juliusza Słowackiego, wykute są nazwiska ponad 160 naszych rodaków, którzy oddali życie w walce o wolność z komunistami. Pośród nich znajdują się oczywiście personalia i pseudonimy wspomnianych w niniejszym tekście: Władysława Łukasiuka „Młota”, Józefa Małczuka „Brzaska”, Józefa Oksiuty „Pomidora”, Kazimierza Tkaczuka „Sępa” i Mariana Borychowskiego. Upamiętniona jest tam również ponad setka ofiar, których imion, nazwisk ani pseudonimów nie udało się ustalić.

Obrazy z uroczystości odsłonięcia i poświęcenia tego pomnika są w mojej pamięci nadal żywe. Wśród licznych uczestników tej ceremonii, ku wielkiej radości jej organizatorów, znaleźli się bliscy wszystkich wymienionych wcześniej w niniejszym tekście bohaterów podlaskiej partyzantki antykomunistycznej. Doskonale pamiętam, że gdy stałem przy pomniku i obserwowałem zbliżający się od strony konkatedry pochód uczestników uroczystości, na czele którego znajdował się niesiony przez ministrantów majestatyczny, kilkumetrowy drewniany krucyfiks, uprzytomniłem sobie, że nie ma lepszego miejsca dla tego upamiętnienia, że jego bezpośrednie sąsiedztwo z pomnikiem poświęconym ks. Stanisławowi Brzósce i Franciszkowi Wilczyńskiemu jest doskonałym symbolicznym wypełnieniem tej paraleli historycznej, której potrzeba opisania zagnała mnie przed klawiaturę komputera i zrodziła tekst, przez który, szanowni czytelnicy, właśnie usiłujecie przebrnąć. A gdy podczas Apelu Pamięci odczytujący go w przejmujący sposób aktor Dariusz Jakubowski wywołał Kazimierza Tkaczuka „Sępa”, z zawodu kowala, jednego z podstawowych żołnierzy oddziału „Młota”, poległego pod Sokołowem Podlaskim w walce z komunistami w kwietniu 1950 r., to będące moim udziałem skojarzenie osoby walecznego „Sępa” z postacią równie dzielnego kowala Franciszka Wilczyńskiego, powieszonego przez Moskali na sokołowskim rynku w maju 1865 r., spowodowało, że istota polskości, którą tak pięknie uchwycił w swoim tekście prof. Nowak, była wtedy dla mnie prawie materialnie obecna obok pomnika, zwłaszcza przy kolejnych, gromkich odpowiedziach żołnierzy jednostki Wojska Polskiego asystującej przy Apelu Pamięci: „Polegli na polu chwały” i „Zginęli śmiercią męczeńską”.

Paralelności wymiar symboliczny – część druga

Uroczystość, którą wspominam, znalazła swój symboliczny i nader podniosły dalszy ciąg w dniu 11 listopada 2007 r., kiedy to w Pałacu Prezydenckim w Warszawie bliscy bohaterów podlaskiej partyzantki antykomunistycznej odebrali z rąk Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego ordery przyznane pośmiertnie ich przodkom w dowód uznania zasług dla niepodległości Polski. Miałem szczęcie być świadkiem ceremonii przekazania tych orderów i widzieć dumę i radość na twarzach bliskich kpt. Władysława Łukasiuka „Młota”, odznaczonego przez Prezydenta RP Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski, czy te same odczucia malujące się na twarzach czworga dzieci Mariana Borychowskiego, tych przetrzymywanych jesienią 1950 r. w ubeckiej katowni, a na moich oczach ściskających ze wzruszeniem odebrany przed chwilą z rąk Prezydenta RP, przyznany pośmiertnie ich ojcu, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Takich chwil się nie zapomina. Zostają na zawsze w sercu i pamięci.

Niedługo potem, 23 maja 2008 r., Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie ks. Stanisława Brzóskę najwyższym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego. Sześć dni później order ten przekazany został, w symboliczny depozyt, władzom samorządowym Sokołowa Podlaskiego. Doszło do tego podczas dużej uroczystości patriotycznej z udziałem Prezydenta RP w Sokołowie Podlaskim. Uroczystość ta, tak samo jak wspominana przeze mnie wcześniej ceremonia z września 2007 r., rozpoczęła się Mszą Św. w kościele konkatedralnym. Podczas przejścia z kościoła na sokołowski rynek, pochód uczestników uroczystości zatrzymał się na wysokości wzniesionego staraniem Fundacji „Pamiętamy” pomnika upamiętniającego Żołnierzy Wyklętych. Prezydent RP Lech Kaczyński podszedł wówczas pod ten pomnik, złożył pod nim wieniec, po czym przyklęknął. W ten sposób ówczesny piastun najwyższego urzędu w naszym państwie oddał hołd tym, którzy ponad osiemdziesiąt lat po styczniowej nocy 1863 roku po raz kolejny z podlaskich wiosek wyruszyli walczyć o wolną Polskę. Tym, których dowódca, kpt. Władysław Łukasiuk „Młot”, w odezwie kolportowanej na terenie Podlasia, sygnowanej: „6 Partyzancka Brygada Wileńska AK”, napisał:

Nie obchodzą nas partie lub te, czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski-polskiej (…). Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny, czy na gruzach kochanej stolicy – Warszawy – z Niemcami, by świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał Polską Ziemię.

Kilkanaście minut po oddaniu hołdu Żołnierzom Wyklętym, nieco dalej, na sokołowskim rynku, pod pomnikiem upamiętniającym ks. Brzóskę i jego adiutanta Franciszka Wilczyńskiego, Prezydent RP Lech Kaczyński przekazał na ręce Burmistrza Sokołowa Podlaskiego Bogusława Karakuli przyznany pośmiertnie ks. Stanisławowi Brzósce Order Orła Białego.

I to już jest ostatnia paralelność, o której chciałem w niniejszym tekście opowiedzieć.
Grzegorz Wąsowski

Advertisements

One comment on “Jadwiga Chmielowska: Niech RAŚ-owcy stulą pyski!

Możliwość komentowania jest wyłączona.