Administracja III RP


 

Księgowa, prawnik, szef kancelarii tajnej, informatyk. Krótki przegląd patologii administracyjnych i program naprawczy.

Niedawno Ewa Stankiewicz wezwała, abyśmy wyobrazili sobie Polskę. Chciałbym dorzucić do tej burzy mózgów małą cegiełkę. Wyobraźmy sobie, jak powinna wyglądać administracja odrodzonej Rzeczypospolitej. 

Wymienione na wstępie osoby to kluczowe postacie administracji III RP. Szef urzędu, minister – to posada zazwyczaj partyjna, jak to się mówi – „polityczna”. Wiceszef – to zwykle faktyczny kierownik, od którego postawy zależy to, czy urząd będzie funkcjonował normalnie, czy też będzie dryfował. Bo gdy szefostwo śpi, rządy w instytucji przejmują zazwyczaj te cztery osoby: księgowa, prawnik, szef kancelarii tajnej, informatyk.

Naturalnie nie wszyscy naraz, zresztą w grę wchodzą kwestie osobowościowe; nie każdy czuje się w mocy przejąć nieformalne kierownictwo urzędu. Ale jeśli instytucja działa wadliwie, to właśnie tutaj szukałbym źródła problemów.

Księgowa – wiem, jestem seksistą, ale rzadko kiedy księgową jest facet. Ten urząd jest jakby stworzony dla pań, podobnie jak posada urzędniczki bankowej. Zadaniem księgowej jest pilnowanie każdej złotówki i poniekąd słusznie czuje się ona „pierwszą po Bogu”. Niestety, księgowość ma niekiedy brzydki zwyczaj przerzucania niektórych pomniejszych swoich obowiązków na innych pracowników, a szczególnie na pracowników merytorycznych. Klasycznym problemem w instytucji jest problem pisania umów dla osób i instytucji współpracujących. Otóż dla księgowej jest najwygodniej, jeśli umowy te piszą pracownicy merytoryczni, a nie ona sama lub ktoś z jej działu, bo wtedy ryzyko ewentualnych błędów ponosi kto inny. Wtedy z rozkoszą wciela się w rolę bramkarza, recenzuje treść umów i odrzuca do ponownego napisania. Atmosfera pracy zostaje w ten sposób skutecznie zatruta, a pracownicy merytoryczni pracują w stanie permanentnej irytacji. Może to być też sposób na odwrócenie uwagi od własnych poczynań księgowej. Tak więc sytuacja w której księgowa przerzuca swoje obowiązki na pracowników do tego nieprzygotowanych – powinna być dzwonkiem alarmowym dla szefa instytucji. Mała kontrola wewnętrzna nie zaszkodzi, aby przywrócić właściwy podział kompetencji.

Prawnik – przed wojną studia prawnicze były przeznaczone dla ostatnich leni i obiboków. Po roku 1989 tłumy prawników zalały nasz kraj niczym hordy barbarzyńców. Podstawowym zadaniem prawnika w instytucji 3RP jest szukanie dla siebie i ewentualnie dla szefa tak zwanego „dupochronu”. Efekt tego jest taki, że praca w instytucji staje się niesłychanie sformalizowana, a obieg dokumentów staje się tak powolny, jak powolne są autobusy komunikacji miejskiej w Warszawie. Jak to wygląda? Ano tak: wszelkie papierki muszą przejść przez prawnika, księgową i szefa i uzyskać święte parafki. Przypomina to Kalwarię Zebrzydowską i wędrówki od Annasza do Kajfasza. Prawnik trzyma papiery u siebie najdłużej jak się da, godzinami zastanawia się nad każdym przecinkiem, a jak nie wie co powiedzieć, to odkłada dokument na jakąś większą stertę z napisem „po urlopie”, po czym wyjeżdża na dwa tygodnie na urlop. Przez ten czas wszystko się wali, pracownicy merytoryczni biegają jak kot z pęcherzem, ale szef jest uratowany – ewentualna kontrola NIK-u znajdzie papierki czyste, eleganckie, zaopatrzone w przenajświętsze parafki, bez zarzutu. Prawnik po raz kolejny potwierdził swoją przydatność. Drugi problem to fakt, że dla prawnika wszystko wydaje się niemożliwe i niezgodne z prawem. Prawnik potrafi w nieskończoność cytować jakieś przepisy, o których inni nie mają pojęcia, aby po raz kolejny udowodnić, że czegoś tam nie wolno zrobić. Sądzę, że zdrową postawą w stosunku do prawników jest wyznaczenie im następującego zadania: „nie mów, że czegoś nie wolno zrobić, tylko zastanów się jak to zrobić, żeby było zgodne z przepisami i poczuciem sprawiedliwości”. I to szybko. O, takich prawników potrzeba nam jak chleba!

 

Szef kancelarii tajnej – najlepsza fucha jaką sobie można wyobrazić. Szef kancelarii tajnej nie ma co prawda pojęcia o czym mówią dokumenty, które podlegają jego ochronie, ale jest święcie przekonany, że są niesłychanie ważne, zwłaszcza gdy ktoś przez lekkomyślność nadał im najwyższą klauzulę tajności. Mam tylko nadzieję, że najnowszy numer „Penthouse” nie ma klauzuli „ściśle tajne”, gdyż w przeciwnym wypadku szef kancelarii tajnej poległby z naganem w ręku w obronie kilku ordynarnych rozkładówek. Faktem jest, że szef kancelarii tajnej najchętniej utajniłby wszystko. Niekończące się kłótnie z pracownikami merytorycznymi o zbyt niską klauzulę dokumentu, wyszukiwanie w regulaminach, rozporządzeniach i ustawach tych przepisów, które umożliwiłyby zawyżanie klauzuli lub maksymalne utrudnianie pracy całej instytucji – oto główne rozrywki złego szefa kancelarii tajnej. Najlepiej, gdyby wszyscy prawą ręką sięgali do lewej kieszeni. Wydaje się, że pierwszym krokiem szefa instytucji posiadającej kancelarię tajną powinno być powołanie spośród pracowników merytorycznych komisji do przeglądu dokumentów dla sprawdzenia czy klauzule nie są zawyżone oraz przeglądu regulaminów wewnętrznych instytucji pod kątem ich zgodności ze zdrowym rozsądkiem.

 

Informatyk – każdy kto kiedykolwiek w życiu napisał jakiś program lub postawił na nogi stronę internetową, jest z tego osiągnięcia tak niesłychanie dumny, że poczuwa się do dziwnej jakiejś wyższości nad światem innych śmiertelników. Normalnie to poczucie dumy trwa dość krótko; niestety są tacy, u których trwa całe życie. W efekcie informatyk wszystko robi „na pojutrze” albo najlepiej „gdzieś w przyszłym tygodniu”. Nieważne są Twoje terminy, Twój D-line – on żyje swoim rytmem i nigdy nigdzie się nie śpieszy. Komputer się sypie? To po pierwsze Twoja wina, bo nie umiesz go obsługiwać. Po drugie nie ma pieniędzy na zakup nowego sprzętu, trzeba czekać na przetarg (w przyszłorocznym budżecie). Informatyk potrzebny do obsługi sprzętu na konferencji? Konia z rzędem temu kto zapewni, że na konferencji nie będzie usterek sprzętu, prezentacja się nie zatnie w połowie, a nagłośnienie nie wyda z siebie serii kakofonicznych gwizdów podczas wystąpienia szefa. A może trzeba postawić stronę internetową? Tak, tak, strona będzie w terminie, ale za dwa tygodnie, a najlepiej za miesiąc. Bo coś tam jeszcze nie działa i zawsze winien jest ktoś inny. A jak już strona zadziała i informatyk zapragnie zmienić posadę, to oczywiście nie zostawi do jej obsługi żadnych instrukcji. W końcu to jego dzieło i ma do niego prawa autorskie. Acha, byłbym zapomniał – gdy informatyk zrezygnuje z pracy, to najpewniej zatrudni się w tej samej firmie, u której dokonywał zakupów sprzętu dla instytucji państwowej. To tak gwoli etyki zawodowej. A więc pierwszy krok szefa instytucji to sprawdzenie, czy technika działa jak należy i jakie są prawdziwe przyczyny ewentualnych usterek. Pomoc zewnętrzna nie zawadzi, zwłaszcza jak ktoś się nie zna na informatyce.

 

Wymienione cztery postacie administracji 3RP – księgowa, prawnik, szef kancelarii tajnej, informatyk – to personifikacje głównych patologii państwa pozbawionego elity i mądrego kierownictwa, państwa które dryfuje w ręku urzędników średniego szczebla, nastawionych wyłącznie na długie trwanie do możliwie najwcześniejszej emerytury. Jeśli ktoś chce, może pod te personifikacje podstawić instytucje finansowe (MF, NBP, RPP), ministerstwo sprawiedliwości (i tak zwaną „niezależną” prokuraturę oraz tak zwane „niezależne” sądy), służby specjalne oraz instytucje związane z infrastrukturą, także infrastrukturą telekomunikacyjną. Przedstawiłem ich działanie na najniższym możliwym szczeblu. Na wyższych szczeblach reguły działania stają się bardziej złożone, ale za punkt wyjścia mają to czego ci ludzie nauczyli się na szczeblu najniższym.

Jak bym sobie wyobrażał wymarzoną administrację niepodległej Rzeczypospolitej?

Przede wszystkim drastycznie odchudzoną. Gros problemów bierze się stąd, że te tłumy urzędników po prostu nie mają co robić, a muszą przecież jakoś udowodnić swoją przydatność. Prawnicy mnożą przepisy, księgowe mnożą kolejne papierki, służby specjalne mnożą przestępców, a infrastruktura mnoży kolejne nieudane inwestycje. Problemem całego ustroju 3RP jest brak przetargu administracji ze społeczeństwem o pieniądze. W klasycznej demokracji władza targuje się z obywatelami o podatki. Tymczasem w 3RP władza podatki narzuca społeczeństwu (i ewentualnie rozdziela dotacje unijne).

Jak to możliwe? Jak to możliwe, że mamy parlament, który uchwala budżet, ale nie uchwala podatków??? Jak to się stało, że źródło demokracji w nowożytnej Europie – przetarg o podatki – w Polsce XXI wieku praktycznie nie istnieje?

Bo Sejm 3RP nie jest ciałem przedstawicielskim, recenzentem władzy, ale kreaturą administracji. Jeśli popatrzymy na biografie posłów, to znajdziemy wśród nich wielu byłych urzędników różnych szczebli, ba, nawet ministrów i premierów, niestety na czele z premierem, na którego wiernie głosowałem od chwili powstania Prawa i Sprawiedliwości. A więc brak trójpodziału władzy, sytuacja w której parlament jest niczym sjamski bliźniak połączony z rządem to główne źródło patologii. Trudno sobie wyobrazić przetarg o podatki pomiędzy obecnymi administratorami (rządem), a byłymi administratorami (opozycją). Wszyscy oni kłócą się o podział tortu, a nie o wielkość tortu. Nie pomoże tu zmiana ordynacji na większościową. Wyborcy tak samo wybiorą na posła byłego ministra czy byłego burmistrza lub wójta, bo doskonale wiedzą, że ten wójt czy burmistrz potencjalnie może zostać ministrem, zatem musi mieć jakieś doświadczenie w administracji. W efekcie już na zawsze będziemy „demokracją administracyjną”, z ordynacją większościową czy bez.

Oddzielić rząd od Sejmu, ustanowić ustrój prezydencki, nadać Sejmowi kompetencje wyłącznie ustawodawcze, recenzyjne i kontrolne, uniezależnić go od rządu, uniemożliwić urzędnikom i ich najbliższym kandydowanie do parlamentu – to podstawowy warunek wyjścia z patologii „demokracji administracyjnej”, w stronę demokracji. Bezprzymiotnikowej. Demokracji odrodzonej Rzeczypospolitej.

 

Jakub Brodacki